zwierzaczki z ogrodu wyobraźni Babci Irenki
Jak niewiele trzeba by poczuć się znowu młodym, by ożyły wspomnienia, by poczuć nastrój tamtych dawno niby zapomnianych i jakże odległych chwil…by znowu znaleźć się w przeszłości i może uronić małą łzę…. I właśnie dziś, zupełnie niespodziewanie nadeszła taka chwila.
Upalny czerwcowy dzień. Gorące słońce na nieprawdopodobnie niebieskim niebie ogrzewa wysuszoną polderową łąkę nad Wisłą, która za chwilę skończy swój bieg w morzu. Rzeka mruczy cichutko i od czasu do czasu pluszcząc obmywa kamienny brzeg. Śliskie kamienie błyszczą w słońcu dając możliwość chwilowego choćby odpoczynku ciekawskim mewom. Kaczki nurkując zawzięcie w poszukiwaniu pożywienia wystawiają swoje czarne kuperki. Uwijają się nad wodą topiki, komary i czasem ważki. Lekki wiaterek masuje delikatnie wiślane fale… błogo, cicho i gorąco. Lato!

Siadam na skoszonej łące, opieram się o wielką roladę siana, która teraz zastępuje dawne kopczyki i przenoszę się w przeszłość…Wdycham zapach skoszonej trawy, wysuszonej ziemi, słucham szumu wody, zamykam oczy. Wokół cisza błoga i nagle spod miedzy wylatuje w niebo i wisi niby na niteczce malutki, szary, niepozorny ptaszek i śpiewa chyba tylko dla mnie najcudowniejszą melodię jaką można w takiej chwili i w takim miejscu usłyszeć…To skowronek – artysta jakich mało! .Czary jakieś…Bajkowy świat…. cudowne deja vu….

Siedzę jak na jakimś nieprawdopodobnie pięknym spektaklu w cudnej scenerii, której autorem jest tak nieszanowana przez nas przyroda. Trwam odrętwiała, zamyślona,, rozmarzona…i wracam myślami na chwilę do lata z mojego dzieciństwa.

Lato z mojego dzieciństwa.

Upalne, czasem burzowe, pachnące skoszoną łąką na której stały kopki siana. Niekiedy w obawie przed nadciągającą burzą gospodarze w dużym pospiechu grabili wielkimi grabiami siano, które ładowali na konne wozy. Spocone konie ciągnęły wielkie, niemal piętrowe fury na szczycie których zawsze siedział prawie niewidoczny wożnica. W złocistych łanach zboża czerwieniły się maki, rosły fioletowe kąkole, a niebieskie chabrowe płatki zerkały ciekawie. Ileż to razy wiłam nieporadnie stokrotkowe wianuszki na głowę i tak przystrojona dumnie defilowałam Kaleczyło w stopy ostre rżysko i nigdy nie mogłam zrozumieć jak dzieci mogły chodzić na bosaka. Koniec wakacji zawsze kojarzył się ze snopkami stojącymi na polach. Budowano zwykle koło gospodarstw wielkie stogi wypełnione słomą. Na polach rolnicy za końmi mozolnie orali swoje poletka często w towarzystwie długonogich bocianów szukających w skibach przysmaków. Sielsko jak w obrazach Chełmońskiego …

Wakacyjne lato spędzałam zawsze nad morzem. W Łebie, jeszcze wtedy malutkiej rybackiej osadzie i w Mikoszewie nad wpadającą do morza Wisłą. Godzinami przesiewałam piasek na dzikiej plaży, taplałam się w czystym morzu i biegałam z dzieciakami po lesie. Zabraniano nam zapuszczać się w głąb lasu z powodu wojennych pozostałości , ale i tak przynosiliśmy do domu ogromne ilości mniejszych i większych łusek a czasem fragmenty niemieckiego uzbrojenia, klamerki, jakich hełm..

Teraz moje wnuki buszują po mikoszewskim lesie, budują zamki z piasku na dzikiej plaży, chodzą nad Wisłę, pływają kajakami po żuławskich kanałach i cieszą się latem, ale czy będą miały takie same wspomnienia? Czy dadzą się zafascynować przyrodzie i otaczającym je światem?

0c829db58634e54279c917fbf0139fd7.jpg
2f25c68f3354beaccd620d0fccb48a75.jpg
812188ee9568c52a3a52d7719246a34e.jpg
6c970c7b7ee2c0c563f9339cd13dfcee.jpg